media

Media: brak mechanizmów regulacji rynku toruje drogę do dyktatury

0 Comments

Od jakiegoś czasu z różnymi wzlotami i upadkami prowadzę liczne lokalne media, zarówno polsko- jak i obcojęzyczne. Konkuruję z tytułami finansowanymi głównie przez rząd i jego agendy, takie jak państwowe uniwersytety. Przypomina to konkurencję muchy ze słoniem. Oto bowiem prasa lokalna wisi na finansowym pasku samorządów, jak podają medioznawcy, jedynie ok. 30 % tytułów ma zagwarantowane ekonomiczne szanse dziennikarskiej niezależności i obiektywności. W regionach często jedynymi niezależnymi źródłami są lokalne blogi. Samorządy z kolei wiszą na pasku rządu centralnego- to dominujące polską politykę partie decydują, czyją kampanię wesprą dotacją krzyżową na kampanię w wyborach samorządowych z funduszy pochodzących z dotacji za wybory parlamentarne.

Robert Walenciak jakiś czas temu poruszył ważny temat niskiego lotu informacji zawartych w polskich mediach tzw. “mainstreamu”. Owe określenie jest złudne- winniśmy bowiem mówić raczej o mediach licencjonowanych przez środowisko rządzące, oraz mediach reklamowanych w mediach licencjonowanych przez to środowisko. Często bowiem tytuły bardzo ambitne, o dobrej jakości, są zupełnie pomijane przez te media. Wydaje się że wytworzyły one własny świat wzajemnych powiązań i cytowań. Poza tym światem istnieje także grupa mediów, która, możliwe że bez konkurencji owych “licencjonowanych” mediów przekształciłaby Rzeczpospolitą Polską w dość odmienny kraj. Problem w tym że zwykli konsumenci treści medialnych o tego typu mediach dobrej jakości mogą nie słyszeć.

Być może powodem jest ich zawartość. Przytoczę fragment na jaki dziś natrafiłem: {Premier] “podczas swojego majowego objazdu po Polsce przed mistrzostwami Euro 2012 podróżował z Poznania do Wrocławia koleją. Bilet na przejazd pociągiem spółki PKP Intercity premier kupił w kasie biletowej Kolei Wielkopolskich. Od początku do końca był to zabieg propagandowy – po pierwsze [premierowi- przyp. red] jako posłowi przysługują darmowe przejazdy koleją, po drugie w kasach Kolei Wielkopolskich nie ma możliwości zakupu biletów na pociągi PKP Intercity. Kolej w Polsce w ciągu minionych kilkunastu lat przestała bowiem stanowić spójny system – także pod względem taryfowym.” [1]

Trudno pozbyć się wrażenia że żyjemy w czasach coraz silniejszej cenzury treści. Jako ekonomista sam muszę dbać o to, by czytelnicy mieli szansę znaleźć wydawane przeze mnie publikacje, mając wrażenie funkcjonowania w drugim obiegu. Podobne problemy mają wydawcy różnych treści ekonomicznych czy finansowych. Oto w polskiej rzeczywistości medialnej istnieje rodzaj drugiego obiegu nawet informacji finansowych, istnieje cała nader rozbudowana i aktywna blogosfera świata finansów. Szacowni bardziej ode mnie wyedukowani ekonomiści publikują na blogach, podobnie jak wielu specjalistów czy to od architektury, czy od planowania miejskiego, polityki gospodarczej, biznesu. Istnieje cała blogosfera naukowa, poza “mainstreamem” wychodzą na światło dzienne nawet bardzo ambitne gazety.

Warto zapytać: co spowodowało że treści tak wielu często wybitnych autorów ląduje poza “mainstreamem”? Swego czasu polecano mi książkę pod tytułem “The Masterswitch”, mającej jedną główną tezę. Wg autora, głównym motorem napędowym postępu w dziedzinie mediów jest “cykl”: oto pojawia się nowa technologia, dająca swobodę komunikowania się poza światem rządowych organiczeń. Następuje reakcja świata władzy, który zawłaszcza nową sferę, oczywiście za pieniądze podatników. Tytułowy “Masterswitch” to główny przełącznik w sieci społecznościowej, pozwalający promować jedne treści, a inne ukryć nawet dla abonentów wpisów danego autora treści.

Martwi zanik prasy i gazet, w tym nawet portali internetowych. Zdarza mi się prowadzić jedyny niezależny portal treści internetowych w nawet 100-tysięcznych miastach. Poza portalami władz miejskich na tych rynkach brak jest innych mediów. Historycy mediów pokazują na przykładach zanik ponadpolitycznych mediów w latach 20-tych i 30-tych XX wieku, zarówno na zmieniach ówczesnej Polski jak i na terenach obecnej Rzeczpospolitej będących wówczas jeszcze we władaniu Rzeszy Niemieckiej.

Na terenach III Rzeszy media niezależne przejmował rząd, łącząc je w wielkie konglomeraty i zmiejszając liczbę oferowanych na rynkach lokalnych tytułów. Dziś w kilku dużych miastach funkcjonują np. portale internetowe oparte o te same skrypty i rozwiązania techniczne, np. poranny.pl i wspolczesna.pl w Białymstoku, posiadane przez jeden konglomerat rynku mediów. W wielu miastach gazet ubyło: w Legnicy, po zmianach w roku 2007, zamknięto ostatnią lokalną redakcję publikującą codzienne doniesienia z miasta i regionu. Jeden lokalny tytuł, ongiś codzienny, powrócił w formie dwutygodnika. Kolejny tygodnik- Konkrety – został zlikwidowany, zaś Pannorama Legnica – przejęta i zredukowana do roli wtorkowego dodatku przez nowego właściciela, wydającego także Gazetę Wrocławską. I to wszystko w mieście mającym w przeszłości kilka tytułów codziennych. Jedyne lokalne radio ma charakter wyznaniowy, jest własnością dominującego w kraju związku wyznaniowego.

Takich przykładów można mnożyć. Wydaje się że na rynku mediów panuje sytuacja braku jakiejkolwiek regulacji rynku, co otwiera drogę do dominacji różnych zakulisowych grup nacisku. Od lat brak jest przepisów uniemożliwiających koncentrację mediów w jednym ręku- i dzięki temu we Wrocławiu silny wydawca mógł wykupić i skomasować w swoim ręku 3 lokalne gazety codzienne, monopolizując niemal rynek lokalnej prasy codziennej.

O koncernach mediowych inwestujących w Polsce mogłem wiele usłyszeć od mieszkańców krajów, z których pochodzą. Wg moich rozmówców, po części z nich można się spodziewać kierowania dyskusji na określone tory ideowe, innym zarzucano powiązania z ruchami skrajnymi. W Polsce rodzimi, polscy wydawcy zostali zepchnięci w rynkowe nisze, a nowi nie powstaną. Ministerstwa np. zabraniają oficjalnymi dekretami finansowania nowych, tworzonych przez rodzimych mieszkańców kraju przedsiębiorstw nadawczych radia i telewizji z unijnych dotacji- znam osoby które próbując tej działalności, odbiły się od bariery stosownego rozporządzenia rządzących krajem środowisk.

Cieszy, że mimo wszystko, media dobrej jakości w Polsce działają i funkcjonują, zwykle w sposób mało zauważalny dla zwykłych konsumentów treści. Niewiarygodna praca została włożona w internetowe media regionalne. Dla przykładu, ożywiono w sieci internet cały region “wymazany” z pamięci i oficjalnie promowanych (np. jako podręczniki) książek historycznych z mi nieznanych przyczyn. Mowa o Nowej Marchii, mającej swoją stolicę w dziś w zasadzie niestniejącym mieście Kostrzyn nad Odrą (istnieje obecnie jedynie jedna dzielnica tego miasta ocalała z wojennej pożogi).[2]

Niekiedy lokalne portale uzyskują wsparcie finansowe władz lokalnych, jak konkurencyjny portal, operujący politycznie poprawną nazwą “Ziemia Lubuska”, którą z niewiadomych przyczyn próbuje się zastąpić dawną nazwę całego regionu, mimo że owa wybrana przez środowiska rządzące nazwa jest błędna, odnosiła się do znacznie mniejszej jednostki terytorialnej, a samo miasto Lubusz znajduje się po niemieckiej stronie granicy na Odrze.

Wydaje się że ból sprawiają rozliczne portale historyczne, których lektura mogłaby nasunąć czytelnikowi konstatację w stylu “lepiej to już było”. Niezwykle rozrosły się takie inicjatywy jak dolny-slask.org.pl czy serwisy dokumentujące “często lepszą” przeszłość w skali miast (np. liegnitz.pl) czy całych regionów.

Obok nich, a w zasadzie poza nimi, funkcjonują rozmaite media które dziś określamy mianem mainstreamowych. Tkają, co znamienne, dość odmienny obraz sytuacji, i mają też drastycznie odmienne grono reklamodawców. Na rozmaitych portalach od jakiegoś czasu czytuję wyliczanki: oto reklamuje się Ministerstwo Środowiska i inne instytucje mające pozycję monopolu (np. w dostawach energii), więc zwykle niechętne do jakichkolwiek działań reklamowych.

Ma się wrażenie że powinno się dokonać jakiegoś przełomu na rynku mediów. To dość znamienne, że rodzimi twórcy mediów mają dziś zwykle marginalne znaczenie rynkowe. Nawet w sektorze telewizji ich rzekomi właściciele w istocie nie mieli możliwości nawet wpływu na pomniejsze elementy działaności kierowanych rzekomo przez nich konglomeratów medialnych, o czym donosili mi nieco zaintrygowani tym faktem pracownicy tych mediów.

Nie wiadomo już, w co i komu wierzyć. Z jednej strony Rafał Ziemkiewicz cytowany przez Walenciaka [3] uważa iż istnieje specjalny medialny przemysł przykrywający trywiami rzeczy istotne, ale niewygodne dla rządzących. Z drugiej strony Grzegorz Miecugow z kojarzonej z rządzącym środowiskiem stacji TVN uważa iż jest to wina samych telewidzów. Ci jednak mają dość kiepski wybór- otwarcie rynku dla kolejnych nadawców naziemyych wstępnie zaproponowano dopiero na 2014 rok (w poprzednim procesie koncesyjnym częstotliwości zabrakło dla 14 chętnych nadawców). Dodatkowo, obecni nadawcy płacili bardzo niskie opłaty za zajęte częstotliwości. Nowe opłaty wzrosną o 150 %, a koszt nadawania programu ogólnopolskiego ma wynieść 26 mln PLN rocznie, co jest kwotą astronomiczną dla wielu polskich stacji telewizyjnych.

Być może ratunkiem dla polskich mediów jest stworzenie jakiegoś całkowicie odrębnego systemu nadawczego, i nadawanie ich spoza terytorium Rzeczpospolitej Polskiej. Już obecnie w brytyjskich stacjach radiowych można usłyszeć język polski dzięki polskim didżejom- emigrantom, tworzącym polskojęzyczne audycje dla polskiej publiczności, z tym że nie mogli ich nadawać z terytorium Rzeczpospolitej Polskiej- na przykład informowano o braku dostępnych częstotliwości radiowych, mimo że w ich rodzinnych miastach zajętych było zaledwie kilka pasm, podczas gdy praktyka innych krajów dowodzi że i “analogowo” da się upchnąć do 150 stacji fm.

Insiderzy z wnętrza systemu mówią o okupacji kraju przez jego “środowiska polityczne” wymieniając nawet nazwy trudniących się tym przykrym procederem partii politycznych. Inni donoszą o “fikcji właścicielskiej”- rzekomi właściciele nie są nimi w rzeczywistości. O sytuacji na rynku mediów pisze się mało, zupełnie jakby temat był “śliski”, tymczasem zdaje się że to własnie tutaj leży źródło jednego z głównych problemów rozwojowych kraju.

Znajomi ekonomiści pytali się mnie, czy wiem że każde bardziej popularne medium na polskim rynku jest “wykupywane przez pewnych ludzi”. Nauki ekonomiczne sugerują że jest to winą braku elementarnych mechanizmów regulacji rynku- bez ich stosowania, na rynku pozostaną tylko kartele i monopole.

Dodatkowo, silne prawa antykartelowe, utrudniające przejmowanie konkurencyjnych tytułów, broniące zróżnicowania właścicielskiego na rynku, uważane były za największego sprzymierzeńca mechanizmów demokratycznych z ich mnogością opinii. W swojej obecnej postaci, polskie prawo medialne umożliwia de facto pojawienie się dyktatury. Osoby pracujące w mediach zaś opowiadają o swoich rozlicznych procesach sądowych, sądząc że kłopoty prawne, dużo większe niż u ich rowieśników z tych samych środowisk, są pochodną ich pracy zawodowej.

[1] Biletowe romanse
Karol Trammer, Z Biegiem Szyn, 2012.12.01, on-line: http://www.zm.org.pl/?a=biletowe_romanse-12b

[2] por. http://neumark.pl/

[3] http://fakty.interia.pl/felietony/walenciak/news/miecugow-wina-telewidzow-ziemkiewicz-medialny-przemysl,1845493

tekst ukazał się także w “Wydawcy Mediów”

By


Readers Comments (0)